sobota, 9 lutego 2013

ROZDZIAŁ 11 - "- Pakuj się. Nie będziesz siedzieć w zamknięciu. Uciekniesz ze mną. - powiedziałem."

*oczami Juliet*
 
- Chodź na chwilę. - powiedziałam z uśmiechem.
- Eh, nie wiem czy powinienem. Twój tato i w ogóle. - odpowiedział Justin.
- Daj spokój, przecież nic Ci nie zrobi.
- Może jednak nie...
- Chodź. - odpowiedziałam i pocałowałam go w usta.

Wziął wszystkie moje rzeczy jakie wzięłam ze sobą do Disneylandu. Śmialiśmy się w drodze do domu. Otworzyłam drzwi. Nie zapowiadało się aby ktoś był w domu. Spojrzałam na Justina.

- Tato jesteś!? - krzyknęłam.

Nikt nie odpowiadał, więc udałam się z Justinem do mojego pokoju.
 Usiedliśmy na łóżku.

- To dziwne... Tato powinien być już w domu. - powiedziałam.
- Hmm... Widocznie go nie ma. - odpowiedział oblizując wargi.
- Wiesz, że wolę się upewnić. - odpowiedziałam przygryzając wargę.
- Ale całować się możemy. - powiedział i złączył nasze usta.

Usiadłam bardziej odwracając się do niego, nie przerywając pocałunku. Złapał mnie za plecy i bardziej mnie do siebie przyciągnął. Jego pocałunki były coraz bardziej zachłanne, ale wiedziałam, że do niczego nie może dojść. W końcu nie chciałam aby mój własny ojciec nas nakrył w łóżku, bo właśnie tak mogło by się skończyć.
Całował mnie po szyi, a ja zaplotłam palce w jego włosy i przyciągnęłam go bliżej. Lubiłam to. Ba, kto tego nie lubi? Delikatnie schodził pocałunkami na mój zakryty przez koszulkę dekolt i położył mnie delikatnie na łóżku...

- Justin... - syknęłam.
- Co? Coś nie tak? - zapytał ze zdziwieniem.
- Mój tato...
- Ale całować się możemy.
- Ale nie tak. - odpowiedziałam.
- Oj dobra, no.
- Nie denerwuj się. Nie chcę aby było tak jak ostatnio.
- I tak nie będzie. - odpowiedział.
- Ale chyba do tego zmierzasz.
- To może od razu chodźmy się kochać jak wczoraj. - powiedział przez śmiech.
- To nie jest śmie...szne. - odpowiedziałem przez przełknięcie śliny, bo tato wszedł do pokoju.
- Yy, Dzień Dobry. - powiedział Justin.
- Witaj. - odpowiedział marszcząc oczy.

Przyglądał się bardzo uważnie nam.  Miałam jeszcze ślady na rękach, które Justin pisał mi czarnym flamastrem.

- Ty chyba powinieneś już iść. - powiedział i chwycił Justina za ubranie pociągając go do drzwi.
- Tato, zostaw go!
- Nie... Już się nie zobaczycie. Zapomnijcie o tym! Zostaniesz tu Juliet i nie zobaczysz swojego ukochanego, rozumiesz? - krzyknął.
- Co!? Nie zabronisz mi tego! Jestem pełnoletnia, mam prawo robić to co chcę!
- Idź! Idź! Słyszysz? Już Cię tu nie ma. Bierz swoje rzeczy i wracaj, wyjedź jak najdalej stąd! - krzyknął do Justina.
- Ale... Nie może Pan nam tego zabronić!
- Wypierdalaj i abym Cię więcej nie widział, bo będzie z Tobą źle, słyszysz?
- Tato!
- Juliet... - powiedział Justin ze łzami w oczach. - Kocham Cię.
- Justin, nie idź proszę...

Wtedy tato wypchał go i mało co nie spadł ze schodów.


*oczami Justina*

- Nie... Już się nie zobaczycie. Zapomnijcie o tym! Zostaniesz tu Juliet i nie zobaczysz swojego ukochanego, rozumiesz? - krzyknął.
- Co!? Nie zabronisz mi tego! Jestem pełnoletnia, mam prawo robić to co chcę!
- Idź! Idź! Słyszysz? Już Cię tu nie ma. Bierz swoje rzeczy i wracaj, wyjedź jak najdalej stąd! - krzyknął do mnie.
- Ale... Nie może Pan nam tego zabronić!
- Wypierdalaj i abym Cię więcej nie widział, bo będzie z Tobą źle, słyszysz?
- Tato!
- Juliet... - powiedziałem ze łzami w oczach. - Kocham Cię.
- Justin, nie idź proszę...

Wtedy jej tato wypchał mnie z pokoju, kierując na schody, z których mało co nie spadłem.
Syknąłem, bo się przestraszyłem. Juliet też, bo zaraz zareagowała. Chciałem jeszcze ją przytulić, ale niestety jej tato mnie powstrzymał.


*oczami Juliet*


- Justin! - krzyknęłam z za pleców taty.
- No idź! Już Cię tu nie ma skurwielu! - krzyknął do niego.
- Justiiinn... - stanęłam ze łzami w oczach gdy zobaczyłam go po raz ostatni.
- I, żeby było jasne. Już go więcej nie zobaczysz. Nigdy! - krzyknął mi prosto w twarz.
- Nie zabronisz mi tego. - powiedziałam ściskając dłonie w pięści.
- Owszem, zabronię. Masz zakaz jakikolwiek wychodzenia z domu i zapraszania kogokolwiek a w szczególności tego dupka, który przeleciał moją córkę.
- Podsłuchałeś nas!? Jesteś żałosny! Nienawidzę Cię! - krzyknęłam i zamknęłam się w pokoju.

Ze łzami w oczach stoczyłam się po ścianie, aż na podłogę.
Jak on do cholery mógł mi to zrobić!?
Przez niego straciłam wszystko, ale nie mam zamiaru się poddawać.
Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Justina.

- Kochanie... Nie chcę Cię stracić. Teraz jestem tu uziemiona w tym posranym domu. Nie chcę tak żyć. Nie wyobrażałam sobie tego tak... - powiedziałam ze łzami w oczach.
- Juliet...

Usłyszałam tylko tyle, bo mój "kochany" tatuś wszedł do pokoju i zabrał mi telefon.

- Tato do cholery!? Co Ty robisz!?
- Powiedziałem coś! Zero kontaktu!
- Jesteś podły! - krzyknęłam.

*dwa dni później*
*oczami Justina*


Ciągle do niej dzwoniłem, ale nie odbierała telefonu. Prawie nie spałem. Ręce mi się trzęsły. Miałem tylko najgorsze myśli. Nie chciałem wiedzieć co mogło by się jej stać. Musiałem się z nią jakąś skontaktować, ewentualnie spotkać. Musiałem.
Wtedy przypomniałem sobie, że mój sąsiad - Patrick, zna jej ojca. To był pretekst, aby podał jej coś ode mnie.
Zadzwoniłem do niego.

- Halo? Patrick? Tu Justin. Poznajesz mnie? - zapytałem.
- Tak, jasne. O co chodzi? - zapytał.
- Jest sprawa... Znasz Taylor'a Smitha? Wiesz, że jego córka to moja dziewczyna. Mógłbyś coś dla mnie zrobić? - zapytałem.
- Jasne. Tym bardziej, że moja mama jest u nich ogrodniczką.
- Świetnie. Dasz radę dziś to zrobić? To dla mnie ważne.
- Oczywiście.
- Wpadnij do mnie... teraz.
- Nie ma problemu. Zaraz będę.
- Super!

Tak, jeżeli mi się uda to prawdopodobnie spotkam dziś Juliet, a jeśli nie... to chyba się zabiję.
Po 10 minutach usłyszałem dzwonek do drzwi.
Otworzyłem a przed nimi stał Patrick.

- Tylko szybko. - powiedział. - Zaraz muszę zawieść mamę do nich.
- To dobrze się składa. Będziesz musiał przekazać coś Juliet tak aby jej ojciec nic nie widział.

Podałem mu kartkę zgiętą na pół.

- Tylko tyle? - zapytał.
- Tak. A i daj znać jak poszło, okay?
- No pewnie. Zadzwonię jak wrócę.
- Dzięki.


*oczami Juliet*


Byłam totalnie załamana. Codziennie płakałam i nie potrafiłam wybaczyć tacie. Nigdy mu tego nie wybaczę, nawet nie ma takiej możliwości. Siedziałam prawie przez całe dnie w swoim pokoju i spoglądałam przez balkon na to czy może się zjawi Justin.
Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi, więc pobiegłam na dół do salonu i usiadłam na kanapie.

- To pewnie pani Mary... - powiedział tato pod nosem.

Spojrzałam tylko na niego, a on poszedł otworzyć drzwi.

- Witajcie. Wchodźcie. - powiedział i przywitał się z Panią Mary i Patrickiem, którego poznałam jakiś czas temu.
- Cześć. - przywitał się ze mną. - Mam coś dla Ciebie.
- Hej...
- To od Justina, ale lepiej nie przy Twoim tacie.
- Od Justina!? - wytrzeszczyłam oczy.
- Yhy... Ale cicho. Zaraz wyjdą to Ci dam.
- O kurwa... - powiedziałam przez zęby.
- Hah... Będzie dobrze.

Spojrzałam ta tatę, który kierował się w stronę ogrodu.

- Trzymaj. - powiedział Patrick, podając mi kartkę.
- Dzięki. - powiedziałam i pocałowałam go w policzek.
- Nie ma za co...
- Poczekaj, zobaczę co to jest. Może jeszcze mu coś przekażesz ode mnie.

Otworzyłam kartkę, na której było napisane :

"Spotkajmy się dziś na stacji o 7."

- Ja nie będę mogła... - powiedziałam przez łzy.
- Nie płacz. Spotkacie się. Nie chcę się wtrącać i w ogóle, ale mu przekaże. Teraz muszę iść. Na razie.
- Dzięki. Pa.

Udałam się do pokoju i rozmyślałam cały wieczór co się dziś wydarzy...


*oczami Justina*

Siedziałem jak na szpilkach, ze łzami w oczach i czekałem na jakieś wieści.
Wreście zadzwonił telefon.

- No i jak?
- Powiedziała, że nie będzie mogła. Nie wiem dlaczego...
- Aha, dzięki Patrick za wszystko.
- Nie ma za co.

Jak to nie będzie mogła? Czy jej ojciec całkiem ją zamknął w pokoju? Tak nie będzie. My będziemy razem nie ważne co. Kocham ją i nie chcę jej stracić. Dla mnie to cholerna pustka nawet gdy jej nie widzę przed godzinę a co dopiero przez dwa dni! Szlag!
Postanowiłem, że o 7 zjawie się w wyznaczonym miejscu spotkania, a jeżeli jej tam nie będzie... zabiorę ją z domu i uciekniemy. Uciekniemy jak najdalej stąd...
Dochodziła godzina 7, więc ubrałem się na czarno i udałem się na stację.
Czekałem 15 minut, jednak nikogo nie było.
Ze strachu, odpaliłem auto i szybko ruszyłem w stronę jej domu. Jechałem bardzo szybko i nie obchodził mnie, że łamię przepisy drogowe. Teraz liczyła się Juliet. Tylko ona.
Cały poddenerwowany, podjechałem pod bramę gdzie wjeżdża się do posesji. Wysiadłem z auta aby nie narobić hałasu, czyli najciszej jak się dało. Udałem się pod jej dom. Było ciemno, więc raczej nikt nie mógł mnie zauważyć. Zauważyłem, że światło w jej pokoju się świeci. Jeden był problem aby tam wejść. Balkon. Jak mam się tam wspiąć? Na szczęście obok była mała drabina. Uff. Po cichu się wspiąłem i  zauważyłem ją siedzącą na łóżku i trzymając kartkę, którą dostała gdzie mamy się spotkać. Podszedłem do drzwi balkonowych i stanąłem ze łzami w oczach cicho pukając w drzwi. Ocknęła się i przybiegła aby mi je otworzyć.

- Justin, kochanie! - powiedziała po cichu.

Pocałowałem ją namiętnie w usta.

- Pakuj się. Nie będziesz siedzieć w zamknięciu. Uciekniesz ze mną. - powiedziałem.

Bez zastanowienia wzięła torbę i wzięła najpotrzebniejsze rzeczy. Wyszliśmy w pokoju na balkon i zeszliśmy ostrożnie na dół.

- Już się boje co będzie gdy mój tato zobaczy, że mnie nie ma.
- Chodźmy. Lepiej aby nas nie zauważył.

Pobiegliśmy w stronę mojego wozu. Otworzyłem jej drzwi aby szybciej usiadła do środka.

- Chcesz to zrobić? - zapytałem jeszcze się upewniając.
- Tak. - odpowiedziała.

Wyruszyliśmy w drogę na stacje, gdzie mieliśmy się spotkać.


*oczami Juliet*

- Jak się znalazłeś u mnie na balkonie? - zapytałam.
- Kochanie, nie rozmawiajmy o tym teraz. Później Ci wszystko opowiem. - odpowiedział.

Zauważyłam, że ktoś nas śledził. Dojechaliśmy na miejsce, a auto, które jechało za nami zatrzymało się na wprost wozu Justina. Nie wyłączając reflektorów, wysiadł z auta, a tą drugą osobą, która była to mój... OJCIEC. Przestraszyłam się i lekko uchyliłam drzwi.
Podeszli na wprost siebie i groźnie spojrzeli. Właśnie wtedy mój tato zadał mu cios w twarz.

- Tato! - krzyknęłam. - Zostaw go!
- Nie!

Zadawał mu kolejne ciosy. Justin nie był w stanie się bronić. Był cały w krwi, aż nie miał siły i uklęknął.
Nie byłam w stanie nic zrobić, bo mój tato złapał mnie i zaciągnął do auta i odjechaliśmy.


*oczami Justina*

Wysiadłem z auta, bo ten koleś, który nas śledził wkurzył mnie. Chciałem zobaczyć kto to. To był ojciec Juliet. Byłem w szoku. Jednak stanowczo i pewnie podszedłem. Nie zauważyłem kiedy on uderzył mnie mocno w twarz. Zabolało mnie to nie ukryje. Broniłem się, ale on dalej mnie policzkował. Krew spływała mi z twarzy i nosa. Byłem bezsilny, aż upadłem na ziemie. Słyszałem jak Juliet krzyczała, ale nic to nie dało. Gdy przestał mnie bić, zauważyłem jak ciągnie moją dziewczynę do samochodu i odjeżdżają.

*
 Sorry za błędy.
Jak na razie to już ostatni rozdział. Nie wiem czy kolejne powstaną. Być może tak. 
Mam nadzieję, że trochę Wam się podobało.
I zapraszam na moje 3 opowiadanie, gdzie pojawi się niedługo 1 rozdział : http://lonelyladyrauhl3.blogspot.com/

CZYTASZ = KOMENTUJESZ